Łączy ludzi

Wspiera pasje

Bez kija nie podchodź, ale potem zdarzył się cud !

Bez-na-dzieja ! Serio, gorszych poranków, jak ten dzisiejszy nie pamiętam. Posypało się wszystko, co tylko miało możliwość się posypać. No gorzej już chyba być nie może. Złośliwość rzeczy martwych i dla kumulacji, tych całkiem żywych też.

Automat przy metrze zżarł moje ostatnie drobne; cofam się więc, wbrew swoim planom, do wyjścia i błądząc, poluję na umiejscowioną w ścianie maszynkę od kasy. Szlag, metro i nasza stolica wzbogacą się dzięki mnie – jak nic, należy mi się pomnik! Lokalizację oczywiście już sobie wybrałam – zburzmy ten paskudny, radziecki cud architektoniczny i zamieńmy to na nową atrakcję turystyczną. Seniorka-warszawianka w pełni sił – to się będzie ludziom podobać !

Udało się, stoję wreszcie na tramwajowej pętli (o nie, metrem już nie będę jeździć !) – cudem, „nie-nadwiślanym”, za 9 min. odjeżdża mój rumak na Domaniewską. Mam chwilę wytchnienia, sięgam więc po gazetę i zaczytuję się w artykuł o „Rekinach biznesu po siedemdziesiątce” (no głupiej już tego zatytułować nie mogli, serio).

Nagle ktoś delikatnie szturcha moje ramię. To student, lat około 20stu. Nie powiem, prezencja prawie z TV, ładny obrazek. Mówi miłym i przyjemnym głosem, opowiada o swojej pracy inżynierskiej i praktykach w mediach, pyta czy zgodzę się wziąć udział w ankiecie, niezbędnej do napisania pracy. Uśmiecha się do mnie, czarująco operuje głosem i nawet nie wiem kiedy zaczynam z nim dyskutować o życiu emerytki w naszej stolicy. Tokujemy sobie już kilka dobrych minut; tramwaj oczywiście przyjechał, ba, przyjechało ich nawet kilka – rzecz jasna, żaden nie był „mój”. Cóż za beznadziejny kraj – nawet komunikacja miejska daje mi znak, że nie warto było się ruszać z domu. I nagle słyszę jak moja torebka zaczyna do mnie śpiewać głosem Niemena. No tak, córka była ostatnio z dziećmi, ustawili mi w telefonie nowy dzwonek, bo podobno nie słyszę, jak do mnie dzwonią. No to teraz słyszę, a wraz ze mną, połowa Mokotowa.  Ale kompromitacja.

Sięgam szybko do torebki i orientuję się, że jest otwarta. Szlag by to trafił! Sprawdzam zawartość - po portmonetce oczywiście nie ma śladu, po przystojnym studencie dziennikarstwa z resztą też. Zdematerializował się gnojek. Gdzie ja miałam głowę?! Podchodzi do mnie szczeniak z miłą aparycją, a ja, jak jakiś podlotek tracę czujność i jak kretynka opowiadam mu o aerobiku dla emerytek. Skup się kobieto, Niemen dalej wyśpiewuje o nadwiślańskim świcie, trzeba odebrać ten przeklęty telefon. Wciskam zieloną słuchawkę, przykładam aparacik do ucha, warczę wściekłe i bardzo niekulturalne „halo” i zamieram.

W odpowiedzi odzywa się Marcin Młodybrat czy jakoś tak i pyta czy wysyłałam dziś esemesa do Radia XYZ. Wysyłałam? Faktycznie. W osiedlowym pani Halinka słuchała tego radia. Stałam w kolejce, chciałam kupić dobówkę, żeby nie korzystać z tej przeklętej maszyny w metrze. Kolejka się nie zmniejszała, pan w radiu oznajmiał, iż dziś kumulacja i chętnie oddadzą komuś abstrakcyjnie wysoką nagrodę lub jakiś samochód - Citroen Paproć, czy jakoś tak, na pewno coś z kwiatem doniczkowym. Podali numer, więc puściłam esemesa, dla jasności wysłałam ich pięć. Pan w słuchawce był wprost zachwycony słysząc iloma wiadomościami zasypałam ich rozgłośnię. Podaje mi zasady konkursu, wszystko wydaje się dziecinnie proste. W odpowiednim momencie wystarczy krzyknąć umówione hasło i już. Wóz, albo przewóz – wygrałam, albo nie.

Głos z radia zaczyna odliczanie i w tym momencie, przed moimi oczami pojawia się mój wyczekiwany środek transportu, nowiutki, w żółto-czerwonych barwach. W pośpiechu podnoszę z chodnika siatę z zakupami i przekrzykując trąbienie motorniczego, krzyczę jak wariatka „Stooooooooooooooop”. Cud, jest, udało się, zdążyłam, wsiadłam. W słuchawce mojej komórki słyszę jakąś muzykę, prowadzący audycję drze się głośno, gratulując mi radośnie. Miło, ale żeby aż tak emocjonować się zgrabnym susem do tramwaju, to już chyba lekka przesada.  

Zaraz, zaraz, on się nie cieszy dlatego, że jestem aktywną seniorką i wykonałam pierwszorzędny skok z chodnika do rumaka. On mi właśnie tłumaczy, że zatrzymałam maszynę w odpowiednim momencie i rozbiłam ichni bank. Że co?! O Jezusku, właśnie wygrałam 400 tyś polskich złotych. Ile? Pan w radiu powtarza kwotę i informuje o procedurze odebrania nagrody. Padam na najbliższe wolne miejsce w tramwaju i oddycham głęboko. Boże, Matko, ja cię kręcę, ale numer! Czekam, aż moje połączenie zostanie przekierowane do działu jakiegoś tam, gdy nad moją głową staje pracownik ZTM i prosi o bilet do kontroli. Co za dzień, więcej emocji nie przeżyłam chyba na własnym ślubie.

Zawsze chciałam to zrobić, uśmiecham się więc czarująco do pana kanara i mówię z rozkoszą „Proszę wypisać mandacik, nie mam biletu”, a w duchu dodaję – stać mnie! :)

E.J.

Komentarze

  • Zaloguj się za pomocą formularza na stronie głównej aby móc dodawać komentarze.

bietka999

31.12.2014 17:04:29

Oj, adrenalina! Ale pozytywna

Kaz

06.10.2014 09:29:49

Aż się sam uśmiałem. Ciekawie opisane wydarzenie.

Marecki

03.10.2014 10:43:15

:) fajowy artykuł