Łączy ludzi

Wspiera pasje

List do Marylki

Marylko!

Kochanie  muszę Ci opisać nasze ostatnie grzybobranie bo rzecz jest godna uwieńczenia w formie pisemnej. Mój małżonek bardzo lubi chodzić po lesie. Trudno powiedzieć, żeby zbierał grzyby bowiem jak wiesz ma kłopoty ze wzrokiem więc w zasięgu jego możliwości są przede wszystkim kołpaki, panienki czy niemki  w różnych rejonach kraju różnie je zwą. Rosną sobie dorodne jasne dobrze widoczne w zielonym mchu więc Zygmunt jest szczęśliwy   jeżeli może swoje niewielkie wiaderko zapełnić grzybkami.

Tak więc ponieważ nie dysponujemy już środkiem transportu, po wyjściu ze szpitala sprzedałam swego Forda Ka – poprosiłam córkę Kasię: zawieź nas córciu do Gołunia , to były ośrodek portowy to sobie tam kilka dni posiedzimy i nazbieramy grzybków.  Ponieważ jest poza sezonem więc trzeba wszystko taszczyć z sobą. Zaczęłam pakowanie: w jedna torbę ciepłe ciuchy, przybory toaletowe, leki. W drugiej zmieściły się garnki, talerze, sztućce, ręczniki, obrus , serwetki a w trzeciej jadło: różnorodne bo jak wiesz oboje lubimy dobrze zjeść a w promieniu kilku kilometrów ani jednego sklepu. Jeszcze tylko wiaderka na grzyby: sól i ocet aby na miejscu je doprawić i hajda w Polskę.

Wcześniej uprzedziłam telefonicznie, że przyjedziemy i prosiłam o rezerwację domku.  Rzeczywiście w czwartek córcia przyjechała po nas – jak do tego samochodziku Toyoty Yaris  zapakowaliśmy się do dziś nie wiem bowiem odwoził nas  jeszcze niespełna roczny wnuczek Kubuś .który siedział w foteliku a obok jego bagaż pieluchy, zabawki, jedzenie.  Na miejscu byliśmy około godz.15.oo. Cicho, pusto , „nikto nie ma doma”. Omal dzwonka do drzwi nie urwałam ale nic.

Wreszcie udało mi się z komórki skomunikować z kierownikiem ośrodka  po chwili przyjechał, wręczył nam klucze od domku,  dał  czystą pościel i tyle go widzieliśmy, jest bowiem kierownikiem drugiego ośrodka wypoczynkowego i tam są jego „leże”.

Domek dwuosobowy, żadne luksusy, wręcz wyglądał żałośnie.  Dwa pojedyncze tapczany, rozpadająca się szafa, dwa krzesła pod oknem jakiś stół, sanitariaty. W środku ciemno i przeraźliwie zimno.

Robimy rekonesans: ośrodek który kiedyś tętnił  życiem  przedstawia opłakany wygląd. Pomost nad pięknym jeziorem  Wdzydze  niedostępny -  wyłamane deski grożą  katastrofą, odrapany budynek pewnie tam przechowywane są kajaki,  resztki siatki smętnie wiszą na obudowie / kiedyś rozgrywano tu mecze siatkowe/.   Główny budynek w którym kiedyś mieściła się kawiarnia, stołówka, sala balowa straszą  starzyzną.  Można wałęsać się po całym budynku  nikogo nie spotkasz. Po czym orientuję się, że na 103 domki – zajęty jest jeden i to przez nas.  Zaczyna robić się strasznie.  Po chwili przyjechała jakaś  ”wypasiona bryka” i to nie policyjna  o dziwnych numerach  rejestracyjnych  okrążyła podjazd i powoli odjechała. Zgasiliśmy światło – nie ma nikogo w domku.

Czuję się niewyraźnie,  widzę, że mąż też nie jest zadowolony  z tego dobrowolnego odosobnienia które nie wiadomo jak może się skończyć.  Widzę, że uważnie ogląda drzwi po chwili konstatuje: wystarczy mocniej kopnąć nogą aby je wyważyć. Może jutro będzie ładnie pójdziemy na grzybki pocieszam już n ie wiem czy jego czy siebie. W nocy jest potwornie zimno, wystarczy ucho wystawić poza obręb kołdry aby zmarzła.  Leżę przykryta wraz z głową i tylko mały otwór na oddychanie, zasnąć też jakoś nie mogę – prześladuje mnie widok tego ekskluzywnego samochodu – a nuż to jacyś gangsterzy, jeszcze zrobią nam krzywdę . Trudno powiedzieć, że się wyspałam,  mąż też budzi się jakiś  zalękniony i niewyspany a na dworze pompa. W przerwie opadów wychodzimy do lasu. Znalazłam dwie kurki, dwa sitaki i jednego podgrzybka.  Nie ma grzybów jest za sucho. Znów leje, wieje, pi..i  Próbuję dodzwonić się do córki – nie ma zasięgu. Piszę SMS  córciu „ zamarzamy – przyjeżdżaj.” Będę po pracy około godz. 18. Już po 12.oo byliśmy spakowani. Zygmunt próbuje nadrobić nieprzespaną noc jest cieplej dostaliśmy farelkę a ja wyglądam w strugach deszczu czy ta nasza córka przyjedzie?  Świadomość, że trzeba będzie jeszcze jedna noc spędzić w tej psiej budce jest porażająca.

Wreszcie jest przyjechała, jakie to szczęście. Szybko się pakujemy i wracamy w strugach deszczu – widać jedynie czerwone światła stopu samochodu jadącego przed nami.  Jeszcze maluch zaczął koncertować  - drze się jakby go ze skóry obdzierano. Córciu zrób coś „ a co ja mogę zrobić siedząc za kierownicą?  „  Mąż próbuje go zabawiać, daje mu jakieś ciasteczka, picie, nic  nie pomaga. Mały wrzeszczy, że aż trudno wytrzymać. Mąż wzdycha a w domu mam zatyczki do uszu…

Wreszcie jesteśmy w Gdańsku.  Grzybobranie kosztowało mnie 27o.- zł.  Dałam  córce 1oo.- jako rekompensatę  za benzynę. Mąż orzekł – za mało, dołożyłam jeszcze 100.-  zł no i nocleg kosztował 7o.- zł. Wiesz, mówi mąż w tym roku już dosyć mam grzybobrania, ja zresztą też.        

JWS

 

Komentarze

  • Zaloguj się za pomocą formularza na stronie głównej aby móc dodawać komentarze.

Kaz

01.10.2014 09:48:57

Bardzo fajny tekst i miło się czyta. Gratuluje talentu

Marecki

30.09.2014 18:32:07

Piękna twórczość !